Panie Boże,
czasem przychodzę do Ciebie i trochę mi wstyd. Bo znowu czegoś chcę. Znowu proszę o zdrowie, spokój, rozwiązanie problemu, dobrą wiadomość, ochronę dla kogoś bliskiego. Znowu przynoszę Ci swoje lęki i sprawy, z którymi sama nie umiem sobie poradzić.
I wtedy myślę: Boże, czy Ty nie masz mnie już dość? Czy nie patrzysz na mnie jak na dziecko, które ciągle wyciąga ręce i mówi: jeszcze to, jeszcze tamto, jeszcze tutaj mi pomóż?
Nie gniewaj się na mnie, Panie, że tak często proszę. Może czasem zapominam, że modlitwa nie jest tylko listą potrzeb. Że można przyjść do Ciebie bez żadnego „daj”, „pomóż”, „spraw”. Po prostu pobyć. Podziękować za zwyczajny dzień, za ludzi, których mam obok, za dach nad głową, za chleb, za siłę, której nieraz nawet nie zauważam.
Ale Ty przecież znasz moje serce. Wiesz, że kiedy proszę, to nie dlatego, że jesteś dla mnie kimś, kto ma spełniać życzenia. Proszę, bo wierzę, że mnie słyszysz. Bo kiedy nie wiem, dokąd iść, odruchowo szukam Ciebie.
Naucz mnie jednak, Panie, również przyjmować. Nie tylko prosić o to, czego pragnę, ale ufać temu, co przychodzi. Umieć powiedzieć „dziękuję” także wtedy, gdy odpowiedź jest inna, niż sobie wyobrażałam.
A kiedy jutro znowu przyjdę z kolejną prośbą, nie gniewaj się.
Przyjmij mnie taką, jaka jestem — trochę niecierpliwą, trochę przestraszoną, pełną pytań.
Bo może moje ciągłe proszenie mówi przede wszystkim jedno:
że ciągle wierzę, że mogę do Ciebie przyjść.
Amen.


