Rekolekcje wielkopostne w dniach 22-25 marca br. w bielskiej katedrze głosił ks. Tomasz Sroka, wikariusz katedralny i jednocześnie duszpasterz akademicki w Bielsku- Białej.
Tematem nauk rekolekcyjnych w poszczególnych dniach były: „Wiara, Miłość i Nadzieja”.
Nie wszyscy wierzą mocno w Kościele. Zwłaszcza w ostatnim czasie. Co to znaczy wierzyć dzisiaj, w dobie ciągłego napływu informacji nie zawsze prawdziwej i zagubienia Kościoła instytucjonalnego? Czy błądzenie i wątpliwości to grzech i nieprzyzwoitość? Czy wiara zawsze musi pozostać niewzruszona? Nie, wiara jest drogą z licznymi zakrętami, chwilami ciemności, pustki i niezrozumienia. Tylko naiwna wiara nie zna w ogóle żadnych zmagań. Wiara ma wielki wpływ na życie człowieka. Kształtuje nasze myśli, postawy, decyzje i działania. Może stanowić źródło siły, motywacji i nadziei. Dzięki niej jesteśmy w stanie pokonywać przeszkody na swojej drodze, radzić sobie w trudnych sytuacjach i odnosić sukcesy. Ale wiara może mieć również swoje mroczne oblicze. Za jej pomocą ludzie zniewalają innych ludzi. Wiara ulokowana w niewłaściwym miejscu lub osobie może zapędzić każdego z nas w błędne koło, powodując depresję, lęki czy różnego rodzaju psychiczne blokady. Wiara jest ogromnie silna. Nie znaczy to jednak, że może być jedyną formą praktyki duchowej. Zazwyczaj jest potrzebna na początku, gdy człowiek musi pewne rzeczy brać na wiarę, ponieważ inaczej się nie da. Musisz zajrzeć głęboko we własne wnętrze i tam poszukiwać ostatecznych odpowiedzi, a nauki proroków i mędrców traktować tylko jako wskazówki ułatwiające duchową wędrówkę. Wiara religijna jest często krytykowana z powodu jej nie weryfikowalności. Tymczasem rozum i logika (w połączeniu z argumentami opartymi na dowodach) to jedyny sposób na ustalenie, które twierdzenia o świecie są prawdziwe, a które są prawie na pewno błędne. Wiara może być bardzo niebezpieczna, jeśli utracimy nad nią kontrolę. W każdym przypadku, gdy wierzenia dominują nad zdrowym rozsądkiem, pojawia się fanatyzm – a za nim idzie ludzkie cierpienie.
Miłość stanowi istotę nowego przykazania, ogłoszonego przez Jezusa. Wyraża bowiem ducha wszystkich przykazań, których zachowanie zostaje raz jeszcze nakazane, co więcej, staje się jasnym dowodem miłości do Boga: «miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań. Miłość ta, będąca zarazem miłością do Jezusa, stanowi warunek zyskania miłości Ojca: Kto ma przykazania moje i zachowuje je, ten Mnie miłuje. Kto zaś Mnie miłuje, ten będzie umiłowany przez Ojca mego, a również Ja będę go miłował i objawię mu siebie. Miłość chrześcijańska czerpie ze źródła miłości, którym jest Jezus, Syn Boży ofiarowany za nas. Zdolność miłowania tak, jak miłuje Bóg, ofiarowana jest każdemu chrześcijaninowi jako owoc paschalnego misterium śmierci i zmartwychwstania. Kościół wyraża tę wzniosłą rzeczywistość w nauczaniu, że miłość jest cnotą teologiczną, to znaczy cnotą odnoszącą się bezpośrednio do Boga, która pozwala człowiekowi wejść w krąg miłości trynitarnej. Bóg Ojciec miłuje nas bowiem tak, jak miłuje Chrystusa, dostrzegając w nas Jego obraz. Miłość usprawnia i oczyszcza naszą ludzką zdolność miłowania. Podnosi ją do nadprzyrodzonej doskonałości miłości Bożej. Jako chrześcijanie jesteśmy zawsze powołani do miłości. Trzeba więc starać się o miłość. Sam Bóg udziela nam łaski tej miłości wedle słów: „Miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który nam został dany”. Bóg nas niejako pobudza do tej miłości przez swoją własną miłość, przede wszystkim przez miłość, którą nam Chrystus okazał oddając swoje życie za nas.
W czasach, gdy wiele osób traci wiarę w instytucje, a moralne dylematy zderzają się z codziennym życiem, Kościół katolicki stoi przed wyzwaniami, które nigdy wcześniej nie były tak wyraźne. Jak znaleźć nadzieję w świecie przepełnionym sceptycyzmem i rozczarowaniem?W czym i w kim pokładam moją nadzieję? Innymi słowy, skąd przychodzę i dokąd zmierzam? Co jest celem mojego życia i źródłem mojego szczęścia? A co najważniejsze, kiedy już wszystko się skończy, co wówczas mi pozostanie? Świat współczesny bardzo nie lubi takich pytań. Ludzie nie chcą nawet dopuszczać ich do swojej świadomości i wolą cały czas je w sobie zagłuszać – zabawą, głośną muzyką, rozmowami, karierą, zakupami… Ale w ten sposób tylko maskują swoją beznadzieję. Bo ostatecznie zabraknie im sił, żeby tak ciągle uciekać przed rozpaczą. W pewnym momencie skończy się impreza, skończą się pieniądze, znajomi odejdą, przyjdzie choroba, samotność, a na końcu śmierć. Jedyną odpowiedzią świata na te wszystkie rzeczy jest: „Baw się intensywnie, dopóki możesz, bo potem jest tylko nicość”. Ale czy ta odpowiedź jest rzeczywiście wystarczająca? W sercu przeczuwamy, że musi być coś więcej. Czasami po omacku, jakby podświadomie szukamy sensu, wartości, dla których warto żyć, a nawet cierpieć i umierać. Dla wielu osób taką wartością jest rodzina, naród, ludzkość – i dobrze, ale to też nie wystarczy. Drugi człowiek też kiedyś w końcu umrze albo po prostu odejdzie w swoją stronę, zatem jeśli pokładaliśmy w nim swoją nadzieję, wówczas czeka nas bolesny zawód. Czy w ogóle jest ktoś, kto nigdy nie zawodzi?
Jako ludzie wierzący wiemy, że tak. Jest taki ktoś, a nawet Ktoś. Słyszeliśmy i wierzymy, że Bóg po pierwsze istnieje, po drugie jest miłością, a po trzecie z tej miłości do nas stał się człowiekiem i umarł za nas na krzyżu. Całe Jego życie, słowa i czyny, a wreszcie Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie są zawarte w Ewangelii. Dobrej Nowinie, którą Kościół od samego początku pieczołowicie przechowuje jako swój największy skarb i którą przekazuje w niezmienionej postaci aż do dziś. Ale Ewangelię należy nie tylko odczytywać – trzeba nią żyć, modlić się nią, trzeba ją rozważać, by w ten sposób coraz lepiej poznawać Jezusa i dzięki temu pozwalać, aby Jego miłość coraz bardziej przenikała i rozświetlała nasze życie, stopniowo porządkując nasze priorytety i pokazując, co jest naprawdę ważne, a co najważniejsze. Bo Jezus przyniósł nam nadzieję na życie wieczne. Odtąd śmierć nie jest już smutnym końcem wszystkiego, ale przejściem do życia innego rodzaju; życia, które możemy w pełni posiąść i się nim bez końca cieszyć, o ile tylko będziemy naprawdę starali się żyć zgodnie ze wzorem, jaki On nam zostawił, tzn. żyć Ewangelią, opierając się na Jego łasce i z nią współpracując – jak święci, jak Maryja…Dopiero Ewangelia daje nam prawdziwą nadzieję. Ale żeby tak naprawdę żyć Ewangelią, czyli zostać świętym, nie wystarczy jej słuchać raz w tygodniu w kościele; nie wystarczy nawet codziennie jej czytać. Nie. Trzeba pójść dalej i zacząć faktycznie robić to, czego nauczał Jezus, a po Jego zmartwychwstaniu – apostołowie. W tym celu potrzebujemy jakiegoś środka, który sprawi, że Ewangelia będzie mogła wniknąć w nasze wnętrze i je ukształtować, a następnie niejako z nas „wypływać” w każdym uczynku, geście i słowie, ba, w całym naszym stylu życia. Dlatego Kościół odkrył wielki skarb, jakim jest rozważanie, medytowanie, kontemplowanie tajemnic wiary zawartych w prostych słowach Ewangelii.
Nie sposób w jednym artykule nauk rekolekcyjnych ks. Tomasza, który w swoich naukach cytował słowa ks. kardynała Karola Wojtyły, ks. Józefa Tischnera, Matki Teresy z Kalkuty, Leszka Kołakowskiego czy Tadeusza Różewicza.
Był to czas spędzony w refleksji i zadumie nad własnym życiem. Dziękuję ks. Tomaszu.
foto i tekst:ms


