Święta Bożego Narodzenia przychodzą cicho. Nie robią hałasu, nie pchają się łokciami, nie domagają się uwagi. To my robimy wokół nich zamieszanie – listami zadań, pośpiechem, ambicją, żeby „wszystko było idealnie”. A one są o czymś zupełnie innym. O zatrzymaniu się. O chwili, która nie musi być użyteczna, produktywna ani efektowna. Tylko… prawdziwa.
Jest w tych dniach osobliwa miękkość czasu. Jakby świat na moment zgadzał się oddychać wolniej. Zapach choinki miesza się z ciepłem kuchni, światło świec łagodzi ostre krawędzie myśli, a cisza między jednym zdaniem a drugim zaczyna znaczyć więcej niż same słowa. To właśnie tam – w tej przerwie – mieszka wdzięczność.
Wdzięczność nie jest wielkim gestem. Nie wymaga fajerwerków ani górnolotnych deklaracji. Częściej przychodzi w drobiazgach: w czyjejś obecności przy stole, w znajomym głosie, w tym, że jest komu nalać herbaty i komu powiedzieć „dobrze, że jesteś”. Wdzięczność to świadomość, że choć świat bywa kruchy, a my razem z nim, to jednak wciąż istnieją chwile, które nas sklejają.
Boże Narodzenie przypomina, że nie wszystko trzeba rozumieć ani naprawiać. Czasem wystarczy być. Usiąść obok. Posłuchać. Zgodzić się na niedoskonałość – w sobie, w innych, w tej całej historii, którą próbujemy nazywać życiem. Paradoksalnie to właśnie wtedy rodzi się spokój.
Warto docenić tę chwilę, bo ona nie zostaje na długo. Przemija, jak ślad po świetle na ścianie, jak dźwięk kolędy, który jeszcze brzmi w pamięci, choć już ucichł. Ale jeśli ją zauważymy – naprawdę zauważymy – zostawi w nas coś trwałego. Ciepło. Ukojenie. Cichą zgodę na to, że to, co mamy teraz, jest wystarczające.
I może właśnie o to chodzi w świętach: żeby przez moment nie chcieć więcej. Żeby powiedzieć sobie w myślach: „To jest dobre. Jestem wdzięczny. Jestem tu.”
xxx
Dla wielu z nas Bóg w te święta nie przychodzi jak odpowiedź, ale jak pytanie. Nie rozwiązuje wszystkiego, nie wygładza bólu, nie obiecuje, że od jutra będzie łatwiej. Raczej siada obok – w półmroku, w niepewności, w tym, co niedomknięte. Jest obecnością, nie instrukcją. Milczeniem…
Boże Narodzenie mówi, że Bóg nie wybrał siły ani dystansu. Wybrał kruchość. Zgodził się na chłód stajni, na ludzki lęk, na to, że nie wszyscy Go rozpoznają. I może właśnie dlatego jest tak blisko tych, którzy w te dni niosą w sobie zmęczenie, stratę albo ciche pytanie: „czy to wszystko ma sens?”.
W te święta Bóg nie domaga się wiary idealnej. Wystarcza Mu szczerość. Nawet ta niepewna, poszarpana, pełna wątpliwości. Bo jeśli gdzieś chce się narodzić, to nie w porządku i harmonii, ale tam, gdzie najbardziej brakuje światła. I może to jest największy dar tych dni – świadomość, że nie jesteśmy sami, nawet wtedy, gdy czujemy się najbardziej samotni.


