Patrzę na to, co dzieje się w sieci i czasami oczom nie wierzę. Internet, który miał być miejscem spotkań, takim wirtualnym rynkiem, na którym wymieniamy się myślami, inspiracjami, doświadczeniami… który miał skracać dystans i budować między nami mosty… nagle stał się areną. Nie taką zwykłą areną, ale taką – na której najgłośniej słychać tych, którzy krzyczą, poniżają, krytykują, osądzają i nie żałują wulgaryzmów a nawet gróźb. To, co miało być narzędziem rozwoju, staje się teraz narzędziem niszczenia.
Ja wiem… Pisanie w Internecie jest łatwe. Zbyt łatwe. Wystarczy kilka sekund, kilka liter i palec, jakoś tak sam naciska enter. Słowa, które przed chwilą były tylko w naszej głowie, stają się czymś realnym, lecą w świat, stają się widzialne dla milionów innych osób.
W cyfrowym świecie łatwo zapomnieć, że każde zdanie ma adresata z krwi i kości. Łatwo uwierzyć, że słowa są lekkie, choć przecież ważą tyle, ile potrafią zniszczyć. W końcu -łatwo napisać nie patrząc komuś w oczy – jesteś nikim. Jesteś beznadziejny. Jesteś żałosny. Gruby… i wiele innych, jeszcze gorszych słów…
Słowa niszczą. Niszczą tego, który jest umieszcza w sieci i tego do kogo są adresowane, ale też… niszczą rodzinę tej osoby. Bo przecież wpisy pełne nienawiści czytają również ich bliscy… czytają dzieci. Jak myślicie co czują? Zresztą, kogo to przecież obchodzi…
Internet jest dziś jak ogromny rynek, na którym każdy może krzyknąć, co mu ślina na język przyniesie. Problem w tym, że część ludzi korzysta z tego megafonu, by wypluwać obelgi, frustracje i jady. Kto tak robi? Najczęściej ci, którzy w świecie rzeczywistym nie mają odwagi mówić wprost. Anonimowość działa jak maska – zakłada ją człowiek i nagle wydaje mu się, że może wszystko. A tak naprawdę często to ta sama osoba, która w sklepowej kolejce spuszcza wzrok, gdy ktoś stanie za blisko… bo nie ma odwagi się odezwać.
Kto pisze te wszystkie obraźliwe komentarze? Piszą je ludzie, których życie jest jałowe a oni sami niewidoczni… tak myślę. Wtedy niszczenie kogoś słowem staje się namiastką poczucia siły. W myśl chorego postrzegania – skoro nie potrafię wznieść się wyżej, spróbuję ściągnąć kogoś niżej.
Nie można zapominać również o tych, którzy myślą, że ich brutalna szczerość to „mówienie prawdy”. Często brakuje im podstawowej empatii i świadomości, że słowo też może ranić. Myślą: „przecież to tylko Internet, przecież nie biję nikogo po twarzy, więc o co chodzi?”…
Drugą grupą są tzw. prowokatorzy, czyli osoby, które karmią się konfliktem. Wrzucają w komentarze słowa jak kamienie, licząc, że trafią kogoś w czuły punkt. I zwykle trafiają.
Czasem chodzi o zazdrość. Czasem o nudę. A czasami po prostu o to, że w sieci łatwo zapomnieć, że nasze słowa mają wagę.
Skąd dziś tyle nienawiści? Może dlatego, że Internet daje iluzję anonimowości. Zdejmuje z nas odpowiedzialność – przynajmniej tak nam się wydaje. Łatwiej wtedy powiedzieć coś, czego twarzą w twarz nigdy byśmy nie odważyli się powiedzieć. Łatwiej poczuć się silnym, kiedy można kogoś zgnieść jednym zdaniem, a jednocześnie pozostać w cieniu.
Ale jest w tym coś jeszcze.
Widzimy, jak inni atakują, i zaczynamy traktować to jak normę. Dlaczego milczymy? Dlaczego, kiedy widzimy, jak kogoś publicznie opluwają, przechodzimy obok, jakby to nas nie dotyczyło?
Milczenie w obliczu ataku w sieci ma wiele twarzy. Czasem jest wygodne – bo to nie my jesteśmy celem, więc możemy odetchnąć i schować się w tłumie. Czasem jest podszyte lękiem – że jeśli staniemy w obronie, strzały przeniosą się na nas. A czasem jest wynikiem zmęczenia – bo widzieliśmy już zbyt wiele bitew w komentarzach i nie wierzymy, że nasz głos cokolwiek zmieni.
Może milczymy też dlatego, że sieć nauczyła nas traktować ludzi jak awatary, a nie osoby z krwi i kości. Za ekranem łatwiej zapomnieć, że po drugiej stronie jest ktoś, kto czuje. I łatwiej wtedy odwrócić wzrok.
Tylko że to milczenie jest zgodą. A taka zgoda utrwala nienawiść. Niszczy ludzi. Nie tylko tych, w których jest wymierzona internetowa wściekłość, ale też nas – bo powoli przyzwyczaja do obojętności.
Kochani, każde milczenie ma swoją cenę. Bo jutro to my możemy znaleźć się w oku cyfrowego huraganu. I wtedy zrozumiemy, że najbardziej bolesne nie są wcale obce słowa, okrutne komentarze, ale… cisza tych, którzy mogli powiedzieć: „Wystarczy”.
Internet to nie jest jakaś odległa, wirtualna kraina. To przestrzeń, w której naprawdę żyjemy. To my nadajemy jej ton. To my decydujemy, czy będzie miejscem, które łączy, czy miejscem, które niszczy.
Wbrew temu, co się wydaje, każdy z nas ma wpływ na to, jak wyglądania przestrzeń.
Wystarczy czasem jedno słowo w obronie. Jedno działanie, które pokaże, że po drugiej stronie ekranu wciąż jest człowiek.


